logo

Siła wiary

Wspomnienie z Igrzysk Olimpijskich


26 sierpień 2004 miał być jednym z najważniejszych dni mojego życia. Półfinał Igrzysk Olimpijskich w Atenach w biegu na 1500m, decydujący o tym, kto znajdzie się wśród dwunastu najlepszych biegaczek świata. Mało kto wie, że na takich imprezach półfinał jest często trudniejszy niż sam finał. Stawka biegaczek jest bardzo szeroka i wyrównana, wszystkie są jeszcze wypoczęte i głodne sukcesu, a awans lub odpadnięcie decydują o tym, czy morderczą pracę treningową z wcześniejszych czterech lat można uznać za udaną. Czasami setne części sekundy decydują o tym, że zawodniczka nie awansuje i jest klasyfikowana na odległym miejscu. Sam finał jest zaś nobilitacją: z tysięcy biegaczek z całego świata, na tej jednej na cztery lata imprezie na starcie staje tylko 12 najlepszych. Największy stres i największe niespodzianki mają miejsce w półfinale.

Nic dziwnego, że oczekiwałam, że noc przed biegiem spędzę spokojnie, odpoczywając i mobilizując się do walki. Tymczasem kilkanaście godzin przed biegiem zdarzył mi się najgorszy koszmar biegacza: zatrułam się kolacją! W środku nocy leżałam w łóżku zwijając się z bólu brzucha, pełna najczarniejszych myśli - to już koniec... Gdy nad ranem sen nie nadchodził i nadal nie było poprawy, uznałam, że nie mam nic do stracenia i muszę spróbować walki, choćby najbardziej niesamowitymi metodami.

Mówi się, że na ból brzucha pomaga cola. Zwlokłam się więc z łóżka i zeszłam do holu, gdzie w automacie kupiłam napój. Gdyby spotkała mnie wtedy któraś z rywalek albo jakiś trener, pomyśleliby, że upadłam na głowę: 4 rano, noc przed biegiem, a ja na korytarzu nonszalancko popijam colę.

Nic to jednak nie dało. Ból nie puszczał. Nadszedł czas na wypróbowanie kolejnej mądrości ludowej: pięćdziesiątka wódki z pieprzem. Zatkałam nos i przełknęłam. Czy pomogło? Na pewno nie zaszkodziło. Nadal było jednak kiepsko. Do rana praktycznie nie zmrużyłam oka. Wstałam o szóstej niewyspana, zmęczona, głodna i nadal targana mdłościami. Zrezygnowałam z porannego rozruchu i zamiast tego udałam się... do kościoła na mszę. To była moja ostatnia nadzieja.

Co zaskakujące, po kościele i modlitwie poczułam się znacznie lepiej. Ból brzucha zaczął odpuszczać. Szanse na dobry bieg nadal jednak wydawały się mizerne. Byłam wykończona, a miałam spotkać się z rywalkami, które ostatnie dni spędziły, zbierając siły. Naładowane energią, po masażach, wyspane, nastawione bojowo. I ja - blada, z podkrążonymi oczami, wymęczona po nocy fizycznie i - co gorsza - psychicznie.

Postanowiłam jednak nie sprzedać tanio skóry. To nie byłoby w moim stylu. Ja, która minimum na igrzyska zrobiłam w ostatnim możliwym terminie, na styk, z zapasem jedynie kilkunastu setnych części sekundy, miałabym się poddać? Po czterech latach przygotowań? Po wyrzeczeniach takich jak wielotygodniowa rozłąka z mężem i dziećmi? Po setkach treningów, na których czasami płakałam z bólu? O, nie! Stanęłam na starcie, starter wystrzelił. Zaczęło się spokojnie, a potem było tylko szybciej i szybciej... I wbrew wszelkiej logice, samą siłą wiary wytrzymałam to tempo, a na ostatnich 300 metrach zaczęłam wyprzedzać... i dobiegłam druga! Awansowałam do finału olimpijskiego, mimo wszelkich przeciwności. Miałam pobiec na oczach całego świata, w dwunastce najlepszych, w wymarzonym finale olimpijskim.

W sporcie nigdy, nigdy nie można się poddawać. Nawet wtedy, gdy wszystko zdaje się sprzęgać przeciwko tobie.